Opublikowano Jeden komentarz

Jak radzić sobie z trudnościami?

Jest ciepłe, letnie popołudnie. Jesteś w swoim domu. Siedzisz wygodnie w fotelu i czytasz książkę pod tytułem Moje życie. Pochłania Cię historia jej głównego bohatera. Żyjesz nią. Wczuwasz się.

Nagle słyszysz pukanie do drzwi.
Odczuwasz dezorientację. Ten dźwięk wybija Cię z rytmu, ale wiesz dokładnie https://italoptik.com/yelnac/index.html , kto stoi po drugiej stronie i czeka na Twoją reakcję.
To Trudność, więc udajesz, że Cię nie ma.
Puka drugi raz, trzeci, dziesiąty. Przestajesz udawać.
Odrywasz się od swojego zajęcia. Otwierasz drzwi i patrzysz niechętnie.
Nie pierwszy raz ją widzisz.

Wchodzi bez pytania.
W bezruchu przyglądasz się kilka chwil na postać, na widok której na Twojej twarzy nie pojawia się uśmiech. Nie masz w sobie akceptacji na jej obecność w Twoim domu.
Milczysz i udajesz, że nie przyszła do Ciebie.
Wracasz do lektury książki i próbujesz na powrót przeżywać losy głównego bohatera.
Trudność siada obok i patrzy na to, co robisz.
Dekoncentrujesz się.
Szukasz innego zajęcia. Nie chcesz zwracać na nią uwagi. Odwracasz wzrok.
Boisz się.
Męczysz. Nie znajdujesz dla siebie miejsca.
Pogoda przestaje wprawiać Cię w dobry nastrój. Drzewa poddają się silnym podmuchom wiatru. Za oknem widnieje szary krajobraz, a jego widok przerywany jest przez krople deszczu.

Dzieje się tak przez jakiś czas.
Dzieje się tak, bo nie pamiętasz.
Ciągle zapominasz.
Gubisz gdzieś po drodze historię o tym, że Trudność przychodzi tylko na chwilę.
Przychodzi tylko w jednym celu – po to, by spojrzeć Ci w oczy i powiedzieć, kto zapuka do Ciebie kolejnego dnia, a potem znika.
Gdy tylko zaprosisz ją do rozmowy, podpowie Ci, kogo zapowiada.
I gdy kolejny raz usłyszysz pukanie, otworzysz swoje drzwi i na stałe zamieszka u Ciebie Zmiana.

Zatem spójrz na swoją Trudność.
Usłysz, kogo zapowiada.
I otwórz temu drzwi.

Po pewnym czasie odwrócisz głowę w stronę przeszłości i podziękujesz w myślach za to, że w pewien letni, ciepły dzień, zapukała do Ciebie.

Niechciana.
Lecz w równym stopniu potrzebna.

Opublikowano Dodaj komentarz

Ktoś tu był przed Tobą

POCZĄTEK LINII
Często chodziliśmy razem po mieście. To był nasz swego rodzaju rytuał.
Przemierzaliśmy wspólnie kilometry ulic, ścieżek, lasów i parków. W trakcie wypadów zahaczaliśmy o kino, a na koniec można było nas spotkać na wieczornej kolacji w Greenmood.
– Smakuje Ci? – zapytał Dominik.
– Tak, jest okej. Chociaż wolałabym z frytkami – odparłam.
– Ja wolałbym z mięsem.
Wzruszyłam ramionami.

Przyglądałam mu się w panującym półmroku pomieszczenia, do którego zaprowadził nas kelner. Byliśmy sami w malutkiej salce umieszczonej w piwnicy restauracji.
Lubiłam jego rysy. Uwielbiałam wpatrywać się w te niezbyt duże, jasnozielone oczy. Jemu podobał się mój mały, nieco garbaty nos. Chwytał mnie za niego, żeby mnie zaczepiać, kiedy jeszcze nie byliśmy parą. Reagowałam na te jego durne pomysły krzykiem i rumieńcem na policzkach. Też lubiłam mu dokuczać.
Raz założyliśmy się, że nie będzie pamiętać o naszej rocznicy. On zapierał się, że na pewno mu to nie umknie.
Przegrał.
W ten sposób namówiłam go na jedzenie bez mięsa.
Oczywiście nie całkowicie. Naszymi wiernymi towarzyszami podczas weekendowych maratonów filmów były nuggetsy, bez których nie było mowy o organizowaniu jakiejkolwiek zabawy. Ale zobowiązał się do wegetarianizmu, gdy wychodziliśmy na miasto.

Byłam szczęśliwa.
Szczerze mogłam to przyznać sama przed sobą. Życie upływało nam na wspólnych wypadach, spotkaniach ze znajomymi, gotowaniu na te spotkania i niesamowitym seksie.
Pasowaliśmy do siebie.
Tak, zdarzały się kłótnie. Moje ubrania zazwyczaj zajmowały cały metraż naszego mieszkania, a jego skarpetki dało się znaleźć w każdym z kątów wszystkich pomieszczeń. Jednak nigdy nie pozwalaliśmy, by nasz konflikt trwał zbyt długo. Za każdym razem któreś z nas nie wytrzymywało napięcia i przytulało się do drugiego.

Pamiętam, była wtedy środa. Mieliśmy wyjść na spacer, by załagodzić powstałe nieporozumienie. On poszedł kupić wino, które mieliśmy zamiar przelać do butelek po soku, a ja robiłam kanapki. Jak zwykle spacer miał nam zająć pół dnia, więc zapasy miały na ten czas wystarczyć. Po powrocie czekała nas kolacja w Greenmood.
Było upalnie. Promienie słońca wpadały przez okno, a wiatr nie przychodził z żadnej ze stron. Zegar wybijał 11. Ubrałam sukienkę, która była przeznaczona na nasze randki. Miała odcień makowej czerwieni.
Lubił, gdy miałam ją na sobie.
Spięłam włosy w kok, włożyłam buty i zapakowane kanapki wrzuciłam do torby. Wyszłam z mieszkania.
Ale jego już nie było.

PIERWSZY ODCINEK LINII
Przez następne tygodnie nie wierzyłam w to, co się wydarzyło.
Ile już razy wspominałam tamten dzień.
Nie rozumiałam, dlaczego zniknął. Dlaczego nic nie powiedział. Nie uprzedził. Miałam wyrzuty sumienia, że nie przytuliłam go na czas. Po prostu odszedł bez słowa. Łudziłam się, że to przez kłótnię. Ale to do niego niepodobne. Nigdy nie poznałam powodu. Zostałam sama.

Zaczął się nowy rozdział w moim życiu. Polegał na wpatrywaniu się w drzwi w oczekiwaniu jego powrotu, piciu kolejnych butelek wina i…

– Dobrze Ci było?
– Tak – rzuciłam, dysząc.
Zszedł ze mnie i położył się obok. Pogładził mnie po włosach, po czym odparł:
– Muszę się zwijać, mogę wziąć prysznic?
– Tak, jasne.
– Powiesz mi, gdzie jest łazienka?
– Co? – popatrzyłam na niego pytająco.
– Gdzie masz łazienkę? Przez cały wieczór poznałem tylko Twoje łóżko – powiedział z triumfalnym uśmiechem.
– Tak, wiem, drugie drzwi po lewej.

Kiedy słyszałam szum lejącej się wody, zawsze rozmyślałam o tym, co ja właściwie robię. Przypominało mi to czas, kiedy mieszkaliśmy z Dominikiem i codziennie czekałam, aż umyje się po pracy i będziemy mogli zacząć wspólny wieczór.
Teraz czekałam tylko, aż kolejny nieznajomy facet wyjdzie z łazienki i będę mogła iść się wysikać.
– Spadam, dzięki za wieczór, było spoko.
Rzuciłam mu wymuszony uśmiech, zamknęłam drzwi i nigdy więcej już go nie widziałam.

Nie byłam zła. Nie pierwszy raz od początku było wiadomo, że nie spotykamy się po to, żeby kupić działkę za miastem i założyć wielodzietną rodzinę. Było mi to obojętne.
Poszłam spać.


Rano obudził mnie dzwonek do drzwi.
– Dzień dobry! – krzyknęła Aneta.
Znamy się odkąd pamiętam. Zawsze była sąsiadką z góry. Nie utrzymywałyśmy zbyt bliskiego kontaktu, ale widywałyśmy się od czasu do czasu.
– Hej, co tam? – wymamrotałam.
– Właśnie wróciłam z zakupów. Zrobię nam śniadanie w Twojej kuchni, mam nadzieję, że zjesz – powiedziała to zbyt entuzjastycznie jak na mój obecny nastrój.
– Mam nadzieję, że zapytasz o zgodę, czy możesz skorzystać z mojej kuchni.
– Idź się ubierz i zrób coś z twarzą, bo wyglądasz jak panda. Makijaż zmywa się wieczorem.

Bez słowa zrobiłam, co kazała i stawiłam się na śniadanie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo byłam głodna.
Aneta wyraźnie była zadowolona ze swojego zaangażowania.
– Daria…widziałam wczoraj tego blondyna.
– Ja nie, było zbyt ciemno – mruknęłam.
– Daruj sobie, wiesz o co mi chodzi.
– O co Ci chodzi?
– Mam Ci zacząć wymieniać, który to z kolei?
– Jeśli czerpiesz z tego przyjemność.
– Żółć się z Ciebie wylewa. Cierpisz. Daj sobie pomóc.
– Jak niby chcesz mi pomóc?
– Możesz u mnie zamieszkać, poznam Cię z moimi znajomymi, zaczniesz nowe życie. Od pół roku siedzisz tutaj sama i zapraszasz kolesi, którzy ani nie są Ciebie warci, ani nie są jacyś urodziwi, jeśli mam być szczera.
– Mam udawać, że nic się nie stało? Poznać nowych ludzi i zapomnieć, że nie czuję się samotna przez to, co się wydarzyło?
– Dominik z pewnością by tego chciał.
– Dominika kurwa nie ma! Zniknął! Myślisz, że nie o to mu chodziło? Żebym nie mogła o nim zapomnieć nawet wtedy, gdy umawiam się z kimś innym?
– Myślę, że niczego nie możesz być pewna. Nie zadręczaj się. Spróbuj.

Przytuliła mnie. Za każdym razem, gdy wymawiałam jego imię, kuliłam się i nie mogłam powstrzymać płaczu. Całe moje ciało drżało, a w sercu pojawiał się ogromny ból, którego nie dało się znieść.
Zniknął.

DRUGI ODCINEK LINII
Przeprowadziłam się do Anety.
Z początku byłam jak skrzywdzone zwierzę, które nikomu nie ufa. Podczas spotkań z nowymi znajomymi milczałam, a w nocy płakałam. Aneta nie spała, tylko przytulała mnie i głaskała, niczym swoje dziecko. Byłam jej za to wdzięczna. Coraz rzadziej krzyczałam, a coraz więcej się uśmiechałam. Nie chciałam tego przyznać sama przed sobą, ale czułam się lepiej. Nie potrafiłam spojrzeć prawdzie w oczy, że mogę być szczęśliwa bez niego. Nie chciałam być szczęśliwa bez niego.
Pielęgnowałam tę część swojego serca, która na zawsze pozostanie jego częścią. Będzie mu wierna. Był moją pierwszą miłością. Codziennie powracały wspomnienia z okresu, kiedy byliśmy razem. Każda z czynności, którymi wypełniony był mój dzień, zawierała pierwiastek jego osoby. Kochałam go. Kochałam go całą sobą.

– Poznajcie się – Aneta próbowała przekrzyczeć docierającą z salonu muzykę – to jest Szymon, a to Daria.
– Cześć, Szymon.
– Hej – uścisnęliśmy sobie dłonie.
Przez resztę wieczoru nie mogłam spuścić z niego wzroku. Nie dowierzałam, że ktokolwiek jeszcze będzie w stanie mnie sobą zainteresować. Przyzwyczaiłam się do kontaktów opierających się tylko na cielesności.
Poczułam, jak tracę rozum.
Jak mój mózg wynosi tego człowieka na piedestał i zamierza czcić po kres życia. Nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, ale czułam się przy nim dobrze. Zamieniliśmy ze sobą jedynie kilka zdań, a ja wpadłam przez to do studni bez dna.
Jadłam chipsy i wyobrażałam sobie, że jemy je wspólnie. Tańczyłam z Anetą i myślałam o tym, jak czulibyśmy się wspólnie na parkiecie.
I wtedy przypomniał mi się Dominik i dzień, w którym byliśmy na pierwszych zajęciach kursu tańca.
– Chyba nigdy nie będę dobrze tańczyć – powtarzałam zawiedziona.
– Nie musisz Kochanie, daj się prowadzić. Odpuść – odpowiadał i całował mnie w czoło.
Reszta wieczoru była do kitu.


– Jak Szymek? Rozmawialiście ze sobą? – jak co rano omawiałyśmy poprzedni wieczór i każdą rozwijającą się relację podczas imprezy.
– Mało, ale przyciąga uwagę – poczułam, jak się czerwienię.
– Widziałam jak pożera Cie wzrokiem! To dobry człowiek, daję Wam zielone światło.
– Daj spokój, nie był zainteresowany. Poza tym czuję, jakbym miała urojenia. Widzę wszędzie Dominika. Wszystko mi go przypomina.
– To minie, daj sobie czas. I nie bój się czegoś nowego. Chodź, znowu Cię trzeba przytulić.
Siedziałam tak, objęta jej ramionami. Myślałam o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdybym pozwoliła sobie zacząć życie od nowa. Bałam się, ale wiedziałam już, że nie chcę do końca swoich dni rozpamiętywać tego, co już bezpowrotnie minęło.

Kilka tygodni później Szymon zaprosił mnie na kolację. Poszliśmy do knajpki, która dopiero co się otworzyła. Potem poszliśmy do mnie.
Aneta widziała z okna, jak wchodzimy do klatki. Pokazała mi okejkę, a ja czułam się, jakbym była nastolatką i umówiła się na pierwszą w życiu randkę z chłopakiem. Kibicowała nam.
To była pierwsza noc w moim mieszkaniu, od czasu przeprowadzki do Anety.
Pierwsza noc z Szymonem.
Pierwszy raz od zniknięcia Dominika, gdy mężczyzna, którego zaprosiłam, nie rzucił mimochodem nara i nie wyszedł z mieszkania w środku nocy.
Starałam się z całych sił nie myśleć o wspomnieniach, które wciąż powracały. Chciałam zrobić to dla Szymona. Wiedziałam, że mu na mnie zależy. Robił wszystko tak, jak trzeba.
A ja byłam nieobecna. Mój umysł znajdował się w przeszłości.

TRZECI ODCINEK LINII
Po paru miesiącach randkowania zapytał:
– Co byś powiedziała na to, żeby zamieszkać razem?
– Ja…Nigdy o tym nie myślałam.
– Jeśli to dla Ciebie za wcześnie, to zrozumiem. Ale jak dla mnie, to świetnie się dogadujemy i warto byłoby spróbować – pogładził mnie po policzku, a ja chwyciłam jego dłoń i odpowiedziałam:
– Okej, możemy spróbować, jestem na tak.
– Juhuu – wykrzyczał – możemy dziś wieczorem zaprosić znajomych, żeby to uczcić.
– Jasne, zaproś ich, ja zajmę się jedzeniem.

Wieczory spędzaliśmy na grach i filmach. Znajomi często nas odwiedzali, a Aneta cieszyła się, że wyszłam na prostą. Szymon bez przerwy okazywał mi swoją miłość, a ja w środku byłam pusta. Próbowałam z tym walczyć, odwzajemniać jego uczucie, ale nie miałam w sobie nic, z czego można byłoby je wykrzesać.
To tak, jakby chcieć kupić nową kanapę, ale nie było na nią miejsca, bo w pokoju wciąż stoi stara.
Dominik był moją starą kanapą, na której się rozgościłam na wieki.
Udawałam.
Szymon niczego nie podejrzewał. Od roku mieszkaliśmy ze sobą. Anetę zapewniałam, że już wszystko ze mną w porządku od czasu rumieńca na policzku po poznaniu Szymona. Z boku można by przypuszczać, że naprawdę tak było. Ale nikt nie słyszał tego, co we mnie krzyczało. Co domagało się mojej uwagi. Co wypełniało całą przestrzeń mojego ciała.
Tęsknota i pustka, której nic i nikt nie umiał wypełnić, którą starałam się lekceważyć, nie widzieć, omijać.

PĘTLA
Pewnego razu zaprosiłam do siebie Anetę na wieczór. Szymon poszedł z kolegami na piwo, więc zrobiłyśmy sobie imprezę konkurencyjną.
Kupiłam wino, a ona przyniosła efekt swojej ostatnio odkrytej pasji – ciasteczka migdałowe. Siedziałyśmy i plotkowałyśmy o kim popadnie, a w przerwach oglądałyśmy memy.
Muszę przyznać, że się naprułyśmy. Z czasem obok nogi od stolika przybywało coraz więcej butelek po winie. Już mało co kontaktowałyśmy, ale pamiętam, że kolejny moment był jak wiadro lodowatej wody wylanej na głowę.
Wytrzeźwiałam od razu.
Ktoś zapukał do drzwi. Zamilkłyśmy.
– Pewnie to Szymon – powiedziałam – pójdę otworzyć.
– Poczekaj! Też chcę, ucieszy się, jak zobaczy dwie laski w swoim domu – zawołała.
Otworzyłam drzwi.
Stał w nich Dominik.

– O kurwa – odparła.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czy każdy z nas jest potrzebny?

Dawno, dawno temu w krainie Widzialnej, w której natura tętniła życiem, dzień i noc nieustannie przeplatały się ze sobą, a świat fauny i flory rozkwitał, jak nigdy dotąd – żyła sobie Mała Brzoza.

Mała Brzoza rosła na skraju wielkiego dębowego lasu. Była młodym drzewem niewielkich rozmiarów. Jej listki były cienkie, jasnozielone i lekko szeleściły podczas podmuchów letniego wiatru. Dorastała wśród młodych dębów, a opiekowały się nią starsze osobniki.

Mała Brzoza często myślała o tym, dlaczego jako jedyna rośnie w lesie pełnym dębów. Nierzadko bywała smutna z powodu swojej odmienności, ponieważ jej biała kora mocno wyróżniała się na tle innych ciemnych drzew. Wzrostem także nie dorównywała swoim rówieśnikom, przez co często zastanawiała się, czy wszystko jest z nią w porządku. Żałowała, że nie urodziła się dębem. Myślała sobie, że byłaby wtedy szczęśliwsza. Całe dnie spędzała na podziwianiu ich potężnych gałęzi, przepięknego kształtu liści i owoców, którymi dzieliły się z mieszkającymi nieopodal zwierzętami. Marzyła o tym, aby być taka jak one, lecz zdawała sobie sprawę, że jej marzenie nigdy nie stanie się rzeczywistością. Była zwykłą, małą brzozą rosnącą na skraju lasu.

Pewnego dnia Mała Brzoza zauważyła, jak grupa młodych dębów rozmawiała ze sobą po cichu. Mała Brzoza pomyślała, że to jakaś nowa zabawa, ucieszyła się na tę myśl i zapytała:
– O czym tak szepczecie, robimy komuś niespodziankę? Mogę się przyłączyć?
– Nie chcemy Cię tutaj, jesteś inna – odpowiedziało jedno z nich i zwróciło się do pozostałych – dokończymy później, żeby nic więcej nie słyszała.
Dęby powróciły do swoich zajęć, a Mała Brzoza skuliła swoje listki i zaczęła cichutko płakać w samotności.

Po pewnej chwili zauważył to Stary Dąb. Stary Dąb był najstarszym drzewem w okolicy i był uznawany za najważniejsze drzewo w lesie. Wszystkie leśne istoty znały jego prastarą mądrość, którą chętnie dzielił się z innymi.
– Mała Brzozo – rzekł Stary Dąb do płaczącego drzewa – dlaczego się smucisz?
– Jestem inna niż wszystkie drzewa w tym lesie. Nie mam owoców, by zwierzęta zechciały się ze mną przyjaźnić. Moja korona nie jest tak majestatyczna, by można było mnie podziwiać. A moja kora zamiast barwy brązowej – coraz jaśniej połyskuje w słońcu bielą, przez co nie mogę ukryć swojej odmienności.
– To prawda – odpowiedział – jesteś mniejsza niż najmłodszy dąb, nie wydajesz jesienią żołędzi, a im jesteś starsza, tym bardziej odróżniasz się od innych drzew, ale to czyni Cię wyjątkową Najmilsza.
– Nie chcę być wyjątkowa. Chcę, żeby wszyscy mnie lubili – skarżyła się Mała Brzoza.
– Pozwól, że opowiem Ci pewną historię.
Jest ona o człowieku, który posiadał wielki dar. Był to dar niezwykły, rzadko spotykany. Człowiek ten potrafił sprawiać, że ludzie przebywający w jego towarzystwie mogli poczuć się akceptowani i spokojni. Potrafił to czynić, ponieważ wykazywał się niezwykłą wrażliwością, podobnie jak Ty. Wrażliwość ta pozwalała mu dostrzec światło wydobywające się z serca każdego człowieka. Widział w nich piękno, dlaczego czuli się przy nim dobrze. Nie wiedzieli do końca, dlaczego tak się dzieje, ale jego obecność pomagała im wzrastać. Nie mogli tego wiedzieć, ponieważ wszystko to odbywało się w krainie zwanej Niewidzialną. Z tego powodu również ów człowiek nie wiedział, że posiada dar. Uważał, że jest zwykły, szary, niepotrzebny, a to tylko dlatego, że jego oczy nie potrafiły dostrzec tego, co dzieje się w krainie Niewidzialnej.
Tak samo jest z Tobą Mała Brzózko. Twoje zadanie wypełnia się poza tym, co mogą dostrzec Twoje oczy, lecz jesteś częścią naszego lasu, a to oznacza, że odgrywasz niezwykłą rolę w całym ekosystemie, jesteś nam wszystkim bardzo potrzebna. W Niewidzialnej krainie jesteś ważnym elementem ogromnej sieci powiązań wszystkich rosnących drzew.
Żyję już bardzo, bardzo długo – kontynuował Stary Dąb – od wielu wieków na skraju tego lasu wyrasta jedna, mała brzoza. Dzisiaj jesteś nią Ty. Po Tobie zawita kolejna. Stanie się tak, ponieważ w Niewidzialnej krainie jest nam potrzebna jedna, mała brzoza na skraju lasu.
– Naprawdę? – zapytała Mała Brzoza – Jestem potrzebna?
– Naprawdę Mała Brzozo. Każde drzewo jest ważną częścią Niewidzialnej krainy. Ty również.



Kimkolwiek jesteś, Ty, po drugiej stronie ekranu. Ty również.



Ślę moc radości!
Agnieszka

Opublikowano Dodaj komentarz

A co, jeśli mu się nie spodobam?

Umawiasz się na randkę.

Tuż po usłyszeniu: „Może wyjdziemy na kawę?”, Twoje serce zaczyna mocniej bić; oczy bardziej błyszczeć; kąciki ust unosić się; a w Twojej głowie zaczyna się wyścig myśli.


Co na siebie włożę?
Muszę ogolić nogi.
Brzuch mi odstaje.
Nie mam talii.
Co mu powiem?
Mam za duże cycki.
On mnie nie zechce.
Kto zapłaci za rachunek?
Mam krzywy zgryz.
To mnie pogrubia.
Nie jestem ciekawa.
Mam krótką szyję.
Uzna mnie za wariatkę.
Nie dam mu się tak łatwo.
Mam za małe cycki.
Tusz mi się rozpłynie w trakcie.
Mam za duży nos.
Nienawidzę tych spodni.
Pewnie zna ładniejsze.
Nie mam się w co ubrać.
Przecież nie powiem mu gdzie pracuję.
Powinnam mu coś kupić?
W tym wyglądam beznadziejnie.
Jak ja się uczeszę?
Krzywo chodzę.
Jestem gruba.
Nie pasują mi te buty.
Mam grube nogi.
Nie mogę być w okularach.
Chcę wyglądać seksownie.
Schudnę do tego czasu.
Ta bluzka do tego nie pasuje.
Mam pryszcza na czole.
Pomyśli, że jestem zdesperowana.
Jestem czerwona na twarzy.
Żeby tylko nie pytał o byłych.
Za bardzo się świecę.
Nie mam fajnej szminki.
Czy uzna mnie za łatwą?
Ręce mi się pocą.
Za głośno się śmieję.
Mam krzywe brwi.
Jestem na to za stara.
Stringi są niewygodne.
Jak ja się zachowam?
Włosy mi odstają.
Pogięło mnie.
Mam nierówne usta.
Nie umówi się ze mną więcej.
Czarny wcale nie wyszczupla.
Nie dam rady.
Pomyśli, że jestem głupia.
Jestem za wysoka.
Zostanę starą panną.
Mam wąsa.
Zapyta mnie o coś, czego nie będę wiedzieć.
Jestem mało kobieca.
Zwariowałam.
Nie wytrzymam niezręcznej ciszy.
Krzywo namalowałam kreski.
Czy pozwolić mu się pocałować?
Na pewno palnę coś głupiego.
Pomyśli, że mi nie zależy.
Nie chcę wyglądać jak dziwka.
Stwierdzi, że jestem brzydka.
Będę się jąkać.
Żeby tylko okres mi się nie zaczął.
Nie umiem chodzić w tych butach.
Odwołam to spotkanie.



Mogłabym tak do końca świata, bo na pewno jesteś bardzo kreatywna i Twoje myśli to odzwierciedlają.
Ale zatrzymam się w tym miejscu i zapytam:

A co, jeśli on nie spodoba się Tobie?


Ślę moc radości!
Agnieszka

Opublikowano Dodaj komentarz

Jeden prosty sposób na idealnie spędzony poranek.

Spis treści:
– na początku opowiadam historię, którą możesz pominąć, ale jak ją pominiesz, to dalsza część nie będzie mieć sensu, więc nie pomijaj
– na końcu mówię jaki jest jeden prosty sposób na idealny poranek

IDEALNIE

5:30
Otwieram oczy.
Moja świadomość powraca z nocnych podróży.
Czuję swoje ciało.

Przeciągam się.

Odwracam głowę, by spojrzeć przez okno.
Widzę bezchmurne, błękitne niebo, którego dosięgnąć chcą korony drzew.
Witam się z porannymi promieniami słońca, których ciepło czuję na swoich policzkach.
Uśmiecham się do siebie, bo wiem, że to będzie dobry dzień.

Podnoszę się i ściągam z siebie kołdrę.
Wstaję i otwieram okno, by poczuć zapach świeżego powietrza.
Biorę głęboki wdech, który budzi moje ciało.

Ścielę łóżko i układam pod ścianą poduszki.

Zakładam pluszowe kapcie i udaję się w stronę kuchni.
Podchodzę do szafki i staję na palcach, by dostać ręką swojej ulubionej szklanki.
Chwytam ją i kładę na blacie.

Nalewam wodę do czajnika, włączam go.
Czekając, aż woda się podgrzeje, wyciągam z lodówki cytrynę, kroję nożem dwa plastry i wrzucam je do szklanki.
Łyżeczką wyciskam z nich trochę soku.
Dodaję miód i sproszkowaną macę.
Wyłączam czajnik i zalewam całość ciepłą wodą.
Mieszam.

Wypijam.


Opłukuję szklankę, nóż i łyżeczkę pod bieżącą wodą i odstawiam na suszarkę.

Podchodzę do stolika, na którym leży telefon.
Biorę go do ręki i otwieram aplikację z muzyką.
Włączam swoją poranną playlistę i jestem jeszcze bardziej przekonana, że to będzie dobry dzień.
Zaczynam kołysać swoim ciałem w rytm piosenki, której słów nie znam, ale nie przeszkadza mi to w tym, by ją śpiewać.


Rozkładam matę.
W leniwym tempie wykonuję kilka powtórzeń powitań słońca.
Biorę głęboki wdech.

I wydech.

Po dziesięciu minutach spokojnych ćwiczeń oswajam nabytą energię w pozycji drzewa.
Na chwilę znikam.
Przez moment mnie nie ma.
A jednocześnie jestem.

Tylko tutaj.

I tylko teraz.


W umyśle tworzę obraz siebie dzisiejszego dnia – widzę siebie radosną, spokojną i uśmiechniętą.
Czuję dreszcze na całym ciele.
Składam swoje ręce na wysokości serca i proszę Górę, by była dziś razem ze mną.

Biorę głęboki wdech.

I wydech.


Zwijam matę i odkładam na swoje miejsce.

Zmierzam do łazienki, spinam włosy, ściągam nocną koszulkę i wchodzę pod prysznic.
Strumień gorącej wody przelewa się po moich plecach, a ja rozpływam się w tym odczuciu.
Zmieniam wodę na zimną i biorę kilka głębokich oddechów, po czym zakręcam kurek.

Owijam się ręcznikiem i podchodzę do lustra.
Rozpuszczam włosy i przeczesuję je palcami.
Robię szybki makijaż, zakładam kolczyki i ubieram wygodne ciuchy, które czekały na mnie od wczorajszego wieczora na wieszaku.
Spoglądam na siebie i puszczam sobie oko.

Czuję się naprawdę dobrze.


Wracam do kuchni.
Przygotowuję na śniadanie owsiankę z borówkami i orzechami, którą wkładam do torby razem z wcześniej przygotowanym lunchem.
Dorzucam jabłko i zasuwam zamek.

Podchodzę do stolika, wyłączam muzykę w telefonie, chowam go do kieszeni i udaję się w stronę drzwi.
Chwilę zastanawiam się, czy o czymś nie zapomniałam i zakładam w tym czasie buty.
Zabieram klucze z szafki i wychodzę z domu.

UROCZE I WCIĄGAJĄCE, PRAWDA?
PEWNIE MYŚLISZ TERAZ, ŻE TAK WYGLĄDAJĄ MOJE PORANKI

– Aga, czy tak wyglądają Twoje poranki?
– Czytaj dalej.

Wyżej przedstawiona wizja wytworzyła się w mojej głowie już jakiś czas temu. Mając w swojej świadomości obraz poranka idealnego – często sięgam po niego pamięcią i staram się, by choć jeden mały jego skrawek znalazł się w moim codziennym wstawaniu.

Bo – tutaj zaraz padną najważniejsze zdania w całym tym wpisie – moje poranki nie wyglądają tak codziennie.
Powiem więcej – śmiem wątpić, by kogokolwiek poranki codziennie wyglądały tak, jak chcą, by wyglądały, ich właściciele.
Powiem jeszcze więcej – pewnie w życiu każdej i każdego z nas są takie dni, kiedy największym osiągnięciem jest wstanie z łóżka.
I to też jest okej.

A JAK TO JEST NAPRAWDĘ?

Ostatni raz wstałam o 5:30 jakiś miesiąc temu.
Udaje mi się codziennie wypijać szklankę ciepłej wody z cytryną i miodem, ale maca mi się gdzieś zapodziała.
Słucham rano muzyki, ale zdarza się, że bardziej mnie ona wkurza, niż uspokaja, bo nie potrafię trafić repertuarem w swoje gusta danego dnia.
Nie ćwiczę rano tak często, jak bym tego chciała.
Czasem nie jestem radosna i nie puszczam sobie oczka w lustrze ani nie wierzę, że dzień będzie wspaniały. Czasem jedyne, na co mnie stać, to powiedzieć sobie, że dam radę i mimo niepokoju robię to, co jest do zrobienia.
Jest środek zimy – tęsknię za borówkami.
I nie pamiętam kiedy ostatni raz już dzień wcześniej miałam przygotowany dla siebie obiad w lodówce.
A do tego nie wychodzę już z domu, bo pracuję zdalnie.


Czy to wszystko oznacza, że moje poranki nie są dla mnie idealne?

Nie.

Czy to oznacza, że wiodę proste, szare życie, którym nie warto dzielić się na blogu?

Nie.

Czy chcę tym wpisem pokazać, że wystarczy, że codziennie zrobisz dla siebie jedną rzecz wyciągniętą z pudełka pod nazwą „mój idealnie spędzony dzień” i to sprawi, że będziesz czuć się dobrze?

Tak.



Ślę moc radości!
Agnieszka

Opublikowano Dodaj komentarz

Dlaczego postanowienia noworoczne nie działają?

Przy datach powszechnie uznawanych za sprzyjające, by wprowadzić w swoje życie zmiany, przychodzi do człowieka pewna myśl.
Jest ona niczym ziarenko, które wczesną wiosną zostaje zasiane i powoli kiełkuje w Twojej głowie. Najbardziej żyznej gleby, by wzrastać w Twoim umyśle, zaznaje na przełomie grudnia i stycznia lub w dniu, w którym świętujesz swoje urodziny.
W tych dwóch momentach ludzie doznają silnych emocji związanych z uświadomieniem sobie upływającego czasu i wpadają na przeróżne pomysły https://becejprevoz.com/buchstabe-a/index.html , by zmienić obraz swojego życia na bardziej współczesny; na bardziej pożądany; na bardziej odpowiadający ich teraźniejszym pragnieniom.

JAKIE SĄ TE PRAGNIENIA?

Do najczęstszych należą:
– będę się lepiej odżywiać i więcej ćwiczyć
– zmienię pracę na lepszą
– wyjadę na wymarzone wakacje
– nauczę się języka obcego


To dobre pragnienia. Wszystko byłoby okej – przybiłabym Ci żółwika i pożyczyła szerokiej drogi i mało korków – gdyby nie fakt, że jeśli postanawiasz coś, czego tak NAPRAWDĘ, w głębi swojego serca nie chcesz, a jedynie masz w sobie pewien pozór „chcenia”, to prędzej zbliżysz się do irytacji, rezygnacji i zniechęcenia, niż do przekształcenia ich w swoją rzeczywistość.

Zadaj sobie jedno nieskomplikowane pytanie z tytułu tekstu:

Dlaczego postanowienia noworoczne nie działają?

Jaka jest na nie odpowiedź?

Bo skupiasz się na tym, by były noworoczne, a nie Twoje.

-Aga, to co ja mam zrobić, by były moje?
– Czytaj dalej!

Czy nie jest tak, że ta kiełkująca myśl zmusza Cię do postanowienia czegokolwiek, byleby coś było…no bo głupio tak bez postanowień? W końcu mija kolejny rok Twojego życia, a Ty wciąż w tym samym miejscu.

Na wstępie zaznaczę, że odpuszczam tutaj takie czynniki jak motywacja, prawidłowo sformułowany cel i inne takie, które nie mają racji bytu bez podstawowego zadania sobie pytania – czego TY tak naprawdę pragniesz?

Nie co jest modne.
Nie co robi przyjaciółka.
Nie czego oczekuje partner.
Nie o co prosi mama.
Nie co wypada w tym wieku.
Nie czego potrzebuje dziecko.
Nie co przeczytałaś w internecie.
Nie co powiedziała influencerka.
Nie co wydaje Ci się, że powinnaś.

Czego chcesz TY?
Czego Ci brakuje w Twoim życiu?
Czego sobie odmawiasz, bo są ważniejsze sprawy do zrealizowania?
Co chodzi po Twojej głowie, a Ty udajesz, że nie słyszysz?
Co wydaje Ci się zbyt trudne, by w ogóle zaczynać?

Jeśli wpasowujesz się we wcześniej wymienione postanowienia – zastanów się nad tym, co konkretnie znaczy ono dla Ciebie.

Pokażę to na przykładzie zdrowego odżywiania.

Dlaczego chcesz jeść zdrowo? Na czym Ci najbardziej zależy, kiedy myślisz o tym, że chcesz zmienić swoje nawyki żywieniowe?
Czujesz się zmęczona po posiłkach?
Nie masz energii w ciągu dnia?
Twoje wyniki badań nie są w normie?
A może nie smakuje Ci to, co jesz i chciałabyś urozmaicić swoją dietę?
Zastanów się, co konkretnie chcesz osiągnąć pod postacią tego postanowienia; czego chcesz uniknąć lub co chcesz uzyskać.
Zobacz, na czym Ci najbardziej zależy.

To samo zrób z aktywnością fizyczną i pozostałymi przykładami.
Co przeszkadza Ci w dotychczasowym działaniu?
Dlaczego chcesz to zmienić?
Co przyniesie Ci ta zmiana?
Dlaczego jest to dla Ciebie ważne?
Jak będziesz się czuć, kiedy wprowadzisz te zmianę w swoje życie?

A jeśli żadne z wyżej wymienionych postanowień nie pasuje do Ciebie, pomyśl nad tym, czego Ci brakowało w poprzednim roku.

Może tęsknisz za ulubionym zajęciem, które porzuciłaś dawno temu, bo przytłoczył Cię nadmiar obowiązków?

Co jeśli postanowisz sobie, że raz w tygodniu spędzisz popołudnie tylko ze sobą robiąc to, co najbardziej lubisz?
Kto wie, być może spodoba Ci się to tak bardzo, że będziesz w stanie w przyszłym roku robić to co wieczór.


Może czujesz, że codziennie jesteś przemęczona, a w Twoich żyłach płynie kortyzol z dodatkiem krwi?

Co jeśli postanowisz, że co godzinę w pracy odetchniesz na 5 minut – zamkniesz oczy, weźmiesz kilka spokojnych oddechów, posłuchasz ulubionego utworu, puścisz sobie oczko w pierwszym napotkanym lustrze i pokręcisz sobie kółka biodrami?
Być może spodoba Ci się to na tyle, że przestaniesz się z tym ukrywać i wszystkie Twoje koleżanki z zespołu zaczną robić to samo.


Może marzysz o bujanym fotelu, kursie fotografii, wyjeździe na weekend w góry, przepięknej fototapecie, która ozdabiałaby Twój salon?
Co jeśli postanowisz sobie, że przez kolejne kilka miesięcy będziesz odkładać na to marzenie i do końca tego roku je zrealizujesz?
Czy w takiej perspektywie staje się to dla Ciebie wykonalne i możliwe do osiągnięcia?


Zastanów się znowu, dlaczego to dla Ciebie ważne.
Zapamiętaj to.

A jeśli którekolwiek z tych postanowień wydaje Ci się błahe, głupie i niepotrzebne, bo do tej pory się jakoś bez tego obchodziłaś, to zastanów się –
czy aby na pewno Twoje marzenia są błahe, głupie i niepotrzebne?


Przeczytaj to na głos.

Moje marzenia są błahe, głupie i niepotrzebne.

Słyszałaś, jakie głupoty Ci chodzą po głowie?
Możesz je wyrzucić do kosza.
A następnie zapamiętać, dlaczego Twoje marzenia są dla Ciebie ważne.

Bo kiedy kolejnym razem przemknie Ci przez głowę myśl:
że nie warto,
że Ci się nie chce,
że szkoda czasu,
że to nieistotne,
że nic się nie stanie, gdy tego nie zrobisz.
Przypomnisz sobie wtedy, że to nie kolejny z wyświechtanych celów, które sobie założyłaś z powodu cudzych oczekiwań.
Przypomnisz sobie, DLACZEGO to postanowiłaś.
I w końcu przypomnisz sobie, że realizując to postanowienie – dajesz samej sobie dowód na to, że jesteś dla siebie ważna.

Bądź dla siebie najważniejsza.

Ślę moc radości!
Agnieszka

Opublikowano Dodaj komentarz

Opowieść o dwóch duszach

Mamy drugi dzień świąt.

Większość z tego, co zostało zrobione – zostało już zjedzone.
Niby jeszcze czuć świąteczny klimat, ale jakoś tak nie bardzo.
Część osób już powoli wraca do rzeczywistości sprzed tygodnia, kiedy to jeszcze nie miało początku świąteczne szaleństwo przygotowań.
U części osób może gdzieś w głowie pojawia się myśl, by spędzić z rodziną jeszcze trochę czasu.

Ale jest tak dziwnie.
Może jakby niezręcznie.
Nie wiadomo do końca jak się zachować.
I co w ogóle mielibyśmy wszyscy robić.


Dlatego stwierdziłam, że podzielę się dzisiaj opowieścią, którą można przeczytać wspólnie z bliskimi.

Porozmawiać o niej.
Porozmawiać w niecodzienny dzień na niecodzienny temat.

TYTUŁ ORYGINAŁU – „THE LITTLE SOUL AND THE SUN”
AUTOR – NEALE DONALD WALSCH

Dawno, dawno temu była sobie mała Duszyczka, która powiedziała do Boga:
-Wiem, kim jestem!
I rzekł Bóg:
To wspaniale! Kim jesteś?
Duszyczka krzyknęła:
Jestem światłem!
Bóg uśmiechnął się szeroko – To prawda! – zawołał – Jesteś światłem.

Duszyczka była bardzo szczęśliwa, że zdołała zrozumieć to, co wszystkie Dusze w Królestwie mają do zrozumienia.
Wow – powiedziała Duszyczka – to jest naprawdę cool!

Lecz niedługo potem, wiedza o tym, kim jest, stała się niewystarczająca.
Duszyczka zapragnęła BYĆ tym, kim jest.
Wróciła więc do Boga i powiedziała:
Właściwie, wiedza o tym, kim jestem, to jedno, a BYĆ tym kimś to drugie.
Chcę poczuć, jak to jest być światłem!
Ależ ty już jesteś światłem – odpowiedział Bóg, uśmiechając się ponownie.
Tak, ale chcę zobaczyć jak to jest.
– Tak – powiedział Bóg z chichotem – powinienem był wiedzieć – zawsze byłaś odważna. Jest tylko jedna rzecz…
– Jaka? – zapytała Duszyczka.
Otóż, nie istnieje nic poza światłem. Widzisz, nie stworzyłem niczego, co różniłoby się od ciebie. Trudno jest ci poznać kim naprawdę jesteś, skoro nie istnieje nic odmiennego.
Co takiego? – powiedziała Duszyczka, trochę tym wszystkim zagubiona.
Pomyśl o tym w ten sposób – powiedział Bóg – Ty jesteś jak świeca w blasku słońca.
Wraz z milionem innych świec, tworzysz słońce.
A słońce nie może być słońcem bez ciebie.
Słońce będzie istniało bez jednej ze swych świec i jednocześnie nie będzie słońca w całej swojej istocie, gdyż nie będzie świeciło tak jasno.
Jak więc przekonać cię, że jesteś światłem, kiedy otacza cię wyłącznie światło? Oto jest pytanie.
Dobra – odparła mała Duszyczka – jesteś Bogiem, wymyśl coś.

Bóg raz jeszcze uśmiechnął się.
Już to zrobiłem – rzekł – Ponieważ nie możesz zobaczyć siebie jako światło, gdy znajdujesz się w świetle, otoczymy cię ciemnością.
Co to jest ciemność? – zapytała Duszyczka.
To jest to, czym nie jesteś.
Czy należy się jej bać?
– Tylko wtedy, gdy taka będzie Twoja decyzja
.
I wtedy Bóg wyjaśnił, że w celu doświadczenia czegokolwiek, pojawia się jego dokładne przeciwieństwo.
Wolność jest wielkim darem – rzekł Bóg – ponieważ bez niej nie można wiedzieć, czym coś w istocie jest.
Nie można poznać ‘ciepła’ bez ‘zimna’,
‘dołu’ bez ‘góry’,
‘szybko’ bez ‘wolno’,
‘lewo’ bez ‘prawo’,
‘tu’ bez ‘tam’,
‘teraz’ bez ‘potem’.
Tak więc, kiedy jesteś otoczona ciemnością, nie potrząsaj pięścią, nie podnoś głosu i nie przeklinaj ciemności.
Bądź raczej światłem ponad ciemnością i nie złość się.
Wtedy poznasz, kim naprawdę jesteś i wszyscy inni poznają to również.
Pozwól swojemu światłu świecić tak, by wszyscy widzieli jak wyjątkowa jesteś.
Masz na myśli, że w porządku jest pokazywanie innym swojej wyjątkowości? – zapytała Duszyczka.
Oczywiście! – zachichotał Bóg – To jest bardzo w porządku! Ale pamiętaj, ‘wyjątkowy’ nie znaczy ‘lepszy’. Każdy jest wyjątkowy, na swój sposób. Jednak wielu o tym zapomniało. Zobaczą, że to dobrze, że jesteś wyjątkowa, dopiero wtedy, gdy TY pierwsza to zauważysz.
Wow – powiedziała Duszyczka, tańcząc, skacząc i śmiejąc się z radości – mogę być tak wyjątkowa jak zechcę!
Tak, i możesz zacząć już teraz – powiedział Bóg, który skakał, tańczył i śmiał się wraz z nią – Jaką częścią wyjątkowości chcesz być?
– Częścią wyjątkowości? – powtórzyła Duszyczka – nie rozumiem.
Więc – wyjaśnił Bóg – bycie światłością jest czymś wyjątkowym, a wyjątkowość ma wiele części.
Wyjątkowe jest bycie łagodnym, twórczym, cierpliwym.
Czy masz inny pomysł?

Duszyczka siedziała cicho przez chwilkę.
Potrafię wymyślić wiele sposobów na bycie wyjątkowym.
Wyjątkowe jest bycie pomocnym, dzielącym się, przyjacielskim.
Wyjątkowe jest troszczenie się o innych! – wykrzyknęła.
Tak – zgodził się Bóg – i ty możesz być każdą z tych rzeczy, lub jakąkolwiek częścią wyjątkowości, którą zechcesz być w danym momencie. Oto, co znaczy być światłem.
– Wiem czym chcę być, wiem czym chcę być! – ogłosiła Duszyczka z wielkim przejęciem – chcę być częścią wyjątkowości nazywaną “przebaczenie”.
Czyż nie jest wyjątkowym przebaczać?
O tak – zapewnił Bóg – to bardzo wyjątkowa cecha.
– Okej – powiedziała Duszyczka – tym właśnie chcę być.
Chcę doświadczyć siebie w tej roli.
– Dobrze – powiedział Bóg – ale jest jedna rzecz, którą powinnaś wiedzieć...

Mała Duszyczka była już odrobinę zniecierpliwiona.
Że też zawsze muszą być komplikacje!
W czym rzecz? – westchnęła Duszyczka.
Nie ma nikogo, komu mogłabyś przebaczyć.
Ani jednej osoby? – nie mogła uwierzyć Duszyczka.
Nikogo! – powtórzył Bóg – wszystko, co stworzyłem jest doskonałe, nie ma ani jednej Duszy w całym Stworzeniu mniej idealnej od ciebie.
Spójrz wokoło.

Wtedy Mała Duszyczka zauważyła, że zebrał się wielki tłum. Dusze przybyły z daleka, bowiem rozeszła się po Królestwie wieść, że Mała Duszyczka prowadzi z Bogiem niezwykłą rozmowę i każdy chciał usłyszeć, o czym mówią. Przyglądając się niezliczonym Duszom zgromadzonym tam, Mała Duszyczka musiała się zgodzić. Żadna z nich nie była mniej cudowna, wspaniała lub mniej doskonała niż ona sama. Biło od nich tak jasne światło, że Mała Duszyczka ledwie mogła patrzeć.

Komu więc przebaczysz? – zapytał Bóg.
Jejku, to przestaje być zabawne! – burknęła Duszyczka – chciałam doświadczyć siebie jako Tej, Która Przebacza. Chciałam zobaczyć, jak wygląda ta część wyjątkowości – i tak Mała Duszyczka nauczyła się, jak to jest być smutnym.

A wtedy życzliwa Dusza wystąpiła przed tłum.
Nie martw się – powiedziała Życzliwa Dusza – ja ci pomogę.
Naprawdę? – Mała Duszyczka rozchmurzyła się – Ale cóż możesz zrobić?
– Jak to, co. Mogę dać ci powód do wybaczenia!
– Możesz?
Dokładnie! – zaćwierkała Życzliwa Dusza – Mogę wkroczyć w następnym twoim życiu i zrobić coś dla ciebie, co będziesz mogła mi przebaczyć.
Ale dlaczego? Dlaczego miałabyś to zrobić? – zapytała Mała Duszyczka – Ty, która jesteś tak perfekcyjna!
Co może powodować chęć spowolnienia wibracji do prędkości tak niskich, że staniesz się ciemna i gęsta?
Co może powodować ciebie, która jesteś tak lekka, że możesz tańczyć ponad gwiazdami i poruszać się po Królestwie z prędkością własnej myśli – aby wejść do mojego życia i stać się tak ciężką, by zrobić coś złego?
To proste – odrzekła Życzliwa Dusza – Zrobię to, ponieważ cię kocham.

Małą Duszyczkę zaskoczyła taka odpowiedź.
Nie bądź taka zdziwiona – powiedziała Życzliwa Dusza – Zrobiłaś kiedyś to samo dla mnie, nie pamiętasz?
Och, tańczyłyśmy razem wiele razy, w ciągu wieków i przez te wszystkie lata. Przez cały czas w wielu miejscach już grałyśmy razem.
Po prostu nie pamiętasz. Razem byłyśmy tym wszystkim.
Byłyśmy Górą i Dołem.
Stroną Lewą i Prawą.
Tu i Tam.
Teraz i Potem.
Mężczyzną i Kobietą.
Dobrem i Złem.
Obie byłyśmy zarówno Ofiarą jak i Oprawcą.
W ten sposób doprowadziłyśmy razem, ty i ja, wiele razy do okazji pokazania i doświadczenia kim naprawdę jesteśmy. Tak więc – wyjaśniła Życzliwa Dusza – pojawię się w twoim kolejnym życiu, tym razem jako ‘czarny charakter’ i zrobię coś strasznego. Wtedy będziesz mogła doświadczyć siebie jako Tej, Która Przebacza.
Ale co takiego zrobisz? – zapytała Mała Duszyczka nieco zdenerwowana – Co będzie tak okropne?
Och, na pewno coś wymyślimy – nagle Życzliwa Dusza spoważniała i powiedziała cichym głosem – Ale o jednym powinnaś wiedzieć.
O czym? – dociekała Duszyczka.
– Będę musiała spowolnić moje wibracje i stanę się bardziej ciężka, by zrobić tę niezbyt-przyjemną-rzecz. Będę musiała udawać coś, co jest bardzo przeciwne mojej naturze. Muszę więc prosić cię o przysługę.
– Och, proś, o co chcesz – Mała Duszyczka zaczęła tańczyć i śpiewać – będę wybaczać, będę wybaczać! – wtedy zobaczyła, że Życzliwa Dusza jest nadal bardzo poważna – co takiego mogę zrobić dla ciebie? – zapytała – Jesteś aniołem zgadzając się zrobić to dla mnie.

Oczywiście, że ta Życzliwa Dusza jest Aniołem – wtrącił się Bóg – wszyscy jesteśmy! Pamiętaj: Wysyłam ci tylko anioły!

Tak więc Mała Duszyczka chciała koniecznie wiedzieć, co też Życzliwa Dusza od niej oczekuje w zamian.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – zapytała.
W chwili, gdy cię zaatakuję i pokonam, w momencie, gdy zrobię najgorzej, jak można sobie wyobrazić, w tej ważnej chwili…
Tak? – przerwała jej Duszyczka – tak?
…pamiętaj, kim naprawdę jestem.
Och, oczywiście, że będę! – zawołała Mała Duszyczka – Obiecuję! Będę cię zawsze pamiętała taką, jaką widzę cię tu i teraz!
To dobrze – odparła Życzliwa Dusza – bo widzisz, będę musiała tak bardzo udawać, że zapomnę siebie.
I jeśli ty nie zapamiętasz, kim naprawdę jestem, być może nie będę mogła sobie tego przypomnieć przez długi czas. A jeśli nie będę wiedziała, kim jestem, wtedy nawet ty możesz zapomnieć kim jesteś.
Wtedy będziemy zgubione. Będziemy potrzebowały jeszcze jednej duszy by przypomniała nam, kim jesteśmy.
– Na pewno tak nie będzie! – mała Duszyczka obiecała ponowne – będę cię pamiętała. I podziękuję ci za ten dar, za szansę doświadczenia kim naprawdę jestem.

I tak porozumienie zostało zawarte.

Mała Duszyczka weszła do nowego życia, ciesząc się, że jest Światłem, które jest wyjątkowe i ciesząc się na szansę doświadczenia części wyjątkowości zwanej Przebaczeniem. Duszyczka czekała z niepokojem na moment doświadczenia siebie jako Tej, Która Przebacza i aby podziękować jakiejkolwiek duszy, która jej to umożliwi. I tak, gdy tylko nowa dusza pojawiła się na scenie jej życia, czy przynosiła radość czy smutek – szczególnie, jeśli przynosiła smutek – Duszyczka myślała o tym, co powiedział jej Bóg.

– Pamiętaj o tym zawsze – Bóg uśmiechał się – wysyłam ci tylko anioły.

Ślę moc radości!
Agnieszka

Opublikowano Dodaj komentarz

Biała szałwia – jak okadzać i dlaczego pomaga wyjść z opresji

To był poniedziałek. Wstałam około ósmej rano. Od razu poczłapałam w kierunku łazienki w celu zafundowania sobie szoku cielesnego, którego miał mi dostarczyć zimny prysznic. Jak zwykle – dużo wysiłku wkładałam w to, by nie zacząć krzyczeć, kiedy już poczułam chłód lejącego się po mnie strumienia wody.

Dodało mi to trochę energii, ale nie tyle, ile oczekiwałam.

Kolejnym krokiem strategicznym była medytacja. O ile prysznic działa na mnie w sposób dodający mocy w bateriach, o tyle medytacja pozwala pozbyć się tych wyczerpanych. Pomaga mi wyrzucić kamienie z życiowego plecaka, które bezwiednie noszę i narzekam, że jest mi ciężko.

Ujęła trochę z mojego cierpienia, ale to wciąż nie był taki efekt, jakiego się spodziewałam.

Po jakimś czasie popadłam więc w marazm. Zaczęłam czytać książkę, by udać się w świat fantazji, bo na ten rzeczywisty się obraziłam. Skoro ja tutaj się wysilam i nadal czuję się niedobrze, a wręcz źle, to sory, ale opuszczam tę imprezę.

I wtem pojawiła się ONA.

Biała szałwia.

Której dedykujemy dzisiejszy wpis.

(ciąg dalszy historii w końcówce wpisu)

Biała Szałwia z Palo Santo. Widać, że się lubią, bo zapozowali razem do zdjęcia.


O czym on dokładnie będzie?
– powiemy sobie co to jest, skąd to jest i po co to jest (nudna część o pochodzeniu i właściwościach, ale napisana zgrabnie i ładnie, więc przeczytaj)
– podam 10 prostych kroków, jak okadzać to, co potrzebuje okadzenia
– kiedy używać i przeciwko komu
– jak ja odprawiam swój rytuał

Dobra, to jedziemy.

CO TO JEST BIAŁA SZAŁWIA I KTÓRY SZATAN JĄ WYMYŚLIŁ?

Najpierw kilka przyrodniczych faktów (to dla tych, którzy po raz pierwszy spotykają się z tą nazwą).
Biała szałwia jest roślinką, która bardzo lubi suche tereny i słońce. Żyje sobie głównie na kontynencie Ameryka i stamtąd najczęściej jest sprowadzana, by nacieszyć nas swoimi właściwościami. A w skrócie są one takie, że człowiekowi się robi lżej.

W jaki sposób?

Teoria jest taka, że działa silnie oczyszczająco. Jest wiernym towarzyszem wielu rytuałów prowadzonych przez rdzennych Indian i razem z Palo Santo stanowi całość yin yang.

Jeśli wierzysz w energię, to wiedz, że szałwia pomaga w pozbyciu się tej niekoniecznie przyjemnej, zaległej, gęstej, ciemnej i niższej wibracyjnie.

Jeśli zaś nie wierzysz w energię, to wiedz, że jeśli na weekend przyjechała do Ciebie teściowa, o której najmniej chcesz pamiętać przy wybieraniu prezentów na święta, to możesz po jej wizycie okadzić swoje mieszkanie szałwią, by grubą krechą oddzielić Cię od tego doświadczenia i towarzyszących mu emocji, zapomnieć o całym incydencie i w radosnej oraz spokojnej atmosferze zająć się swoimi sprawami.

Do tego żadne nielubiane owady nie będą przebywały w pomieszczeniu, gdzie palona jest biała szałwia. Działa też antybakteryjnie i przeciwgrzybicznie, co lubimy.

– Aga, czy to czary?
– NIE.

Zachęcam do eksperymentu.
Można użyć do niego wspomnianej teściowej, bo trzeba się z kimś pokłócić.

Po zaciętej kłótni, przypuśćmy w sypialni (dlaczego ją wpuszczasz do sypialni?) poproś osobę niebędącą świadkiem zaistniałej sytuacji (na przykład męża, który nie wie, że nie znosisz jego matki), by weszła do pomieszczenia i zapytaj, jak się czuje.
Potem okadź pokój szałwią i ponów prośbę.
Niech opowie o swoich wrażeniach.

Może z tym mężem to tak nie do końca, bo częściej to kobietom łatwiej jest wychwycić coś bardziej subtelnego, niż materia, ale i tak polecam doświadczenie.

Po pewnym czasie, gdy okadzanie stanie się jakąś tam częścią Twojego sposobu dbania o siebie i swoje otoczenie, zorientujesz się, że czujesz się tak, jakbyś miała więcej przestrzeni (chociaż w rzeczywistości metraż mieszkania się nie zmienia – a szkoda!), jesteś bardziej wolna (w sensie wolności, a nie prędkości) i czysta (w sensie czystości umysłu, a nie ciała), bardziej wesoła i zadowolona.

Tak właśnie działa szałwia.

JAK OKADZAĆ SZAŁWIĄ? W LEWO, PRAWO, PO SKOSIE, OD GÓRY, DOŁU, OKRĘŻNIE, KWADRATOWO…?

Prosta instrukcja, żeby było jasno i bez zbędnych pytań:

Na początku jednak pragnę uprzedzić, że nie zalecam tego typu zajęć osobom nieletnim i każdy niech obchodzi się z ogniem na własną odpowiedzialność (dlatego nie zalecam nieletnim, bo oni jeszcze nie biorą za siebie odpowiedzialności). Niby nic groźnego, ale żywioły to żywioły. Jak ktoś jest nieostrożny, to ogień łatwo znajdzie w pomieszczeniu coś, co uda się podpalić.

1. Ogarniasz pokój/dom/siebie
W zależności, co chcesz okadzić, to sprzątasz.
Jeśli pokój – weź ubrania z fotela i oddaj je szafie, ona za nimi tęskni. Zamknij wszystkie okna.
Jeśli to dom – posprzątaj blaty, szafki, stoły i różne inne powierzchnie (w tym podłogę), bo jak wpadniesz w szał okadzania, to dość, że zrzucisz ulubioną szklankę z ulubionym sokiem, to jeszcze wdepniesz w klocka lego.
Jeśli okadzasz siebie, to niech to nie będzie byle jak, w przerwie reklamowej (Czy ktoś jeszcze doświadcza przerw na reklamy? Przecież wszyscy mają Netflixa), gdzie resztka chrupków znajduje się na Twoich włosach. Podpali się chrupek i będzie śmierdziało dymiącym się ludzkim włosem.

Warto też dodać, by w uporządkowanej przestrzeni nie znajdowała się nieuporządkowana osoba (mam na myśli taką, której szałwia śmierdzi, uważa, że to czary i jest negatywnie nastawiona do całego procesu). Takiej lepiej podziękować i uprzejmie wskazać drzwi na czas okadzania.

2. Podpalasz szałwię
Tak zwyczajnie, zapalniczką.

3. Gasisz ją
Nie zupełnie, wsadzając do wody, tylko delikatnie, by zaczęła się tlić.

4. Myślisz o swojej intencji
W stylu:
Oczyszczam przestrzeń, chcę, by było tutaj przyjemnie.
Oczyszczam siebie z trudnych emocji i odnajduję spokój.
Oczyszczam ten przedmiot z nagromadzonej w nim energii.

5. Kadzisz
Kręcąc gałązką przeciwnie do wskazówek zegara, z poświęceniem większego zainteresowania dla tych przestrzeni, gdzie szałwia ledwo co się dymi.

Pokój – zaczynając od drzwi, wzdłuż wszystkich ścian (chodząc przeciwnie do wskazówek zegara) i tak, jak wyżej napisałam.

Dom – zaczynając od dołu i idąc do kolejnych pięter, i tak, jak wyżej napisałam.

Osobę – zaczynając od stóp, a kończąc na głowie i tak, jak wyżej napisałam.

To, co się wypali, to siły nieczyste, więc niech nie spadają Ci na podłogę, bo będziesz miała brudno fizycznie i energetycznie. Weź zatem ładnie talerzyk lub cokolwiek, co się nie podpali, a co będzie spełniało funkcje popielniczki (możesz użyć na przykład popielniczki – tak, wiem, że się powtórzyłam).

Trzeba wspomnieć, by nie robić tego w pośpiechu i dziwacznie – bo na przykład musisz kitrać się przed kimś, komu może się to nie podobać. Za efekt końcowy każdy taki może Ci potem podziękować, więc na spokojnie.

6. Gasisz
Zupełnie, bo skończyłaś. Polecam przycisnąć do talerzyka. Nie zdmuchuj, bo będzie brudno na podłodze. A wtajemniczeni wiedzą, czemu nie zdmuchuje się nic, co w rytuałach jest palone.

7. Czekasz, aż emocje opadną
Daj temu dymowi chwilę, żeby sobie jeszcze pobył z Tobą.

8. Wietrzysz/myjesz się
Bo siedząc na kanapie nie widać telewizora z powodu unoszącego się dymu, a i to, co zostało wypalone energetycznie musi gdzieś mieć ujście.
Dla tych, co im to nieładnie pachnie – spokojnie, jak się dobrze wywietrzy, to nic nie czuć.
Jeśli okadzana byłaś Ty, to warto iść przelać się wodą.
A popiołu się pozbywasz. Możesz zakopać w ogródku. Mama Ziemia ładnie neutralizuje wszystko, co złe.

9. Palisz świeczkę
Bo właśnie siedzisz w jałowym domu, a palące się świece mają to do siebie, że podnoszą energetykę przestrzeni.
(Tak, to dlatego na mszy w kościele palą się świeczki – patos robi robotę.)
Wypalasz ją do końca, a jeśli jest duża, to zaznaczasz punkt, do którego wypalasz (na przykład nożem) i później odcinasz płomieniowi dostęp do tlenu. NIE ZDMUCHUJESZ!

10. Cieszysz się
I możesz poczuć się jak czarownica z piekła rodem.

KIEDY KADZIĆ?

– po wizytach teściowej
– po nieprzyjemnych sytuacjach (patrz punkt pierwszy)
– kiedy czujesz, że nie możesz sobie znaleźć miejsca
– po odwiedzinach sąsiadki, która obgadała pół wsi i poszła gotować obiad dla syna kawalera
– jak mąż marudzi
– jak żona zrzędzi
– kiedy ktoś umarł
– gdy czujesz, że chcesz lub trzeba
– kiedy kupiłaś minerał/karty/breloczek czy inne bibeloty i chcesz, by ten przedmiot był naładowany Twoją energią, a nie ludzi, którzy mieli z nim do czynienia wcześniej

Ze wszystkim, co energetyczne, jest tak, że to kwestie mocno intuicyjne.
Jeśli potrzebujesz to robić codziennie, to rób to codziennie.
Jeśli wystarczy Ci raz na miesiąc, to rób to co te 30 dni i bajlando.

Z ciekawostek dodam, że w niektórych hotelach/pensjonatach i innych miejscach, gdzie przemiał ludzi jest spory – właściciele okadzają pokoje po gościach.
Jak dla mnie – wielki szacun za świadomość.
Czasem naprawdę czuć, że noc wcześniej na łóżku, które jest dla mnie przygotowane – gziła się jakaś para nieznających się ludzi w stylu one night stand.
Szałwia pozbawiłaby mnie tego uczucia. Mniej wiem, lepiej śpię.

– AGA, A JAK TY OKADZASZ SZAŁWIĄ?
– A NO RÓŻNIE.

Zazwyczaj sprawdza się to, co napisałam powyżej, ale jeśli mam ochotę zacząć śpiewać podczas okadzania, to zaczynam śpiewać.
Jeśli włączam przy tym muzykę, to gibię się w jej rytmie.
Jeśli niewygodnie mi przeciwnie do wskazówek zegara, to jadę z nią góra dół.
Jeżeli czuję, że gdzieś trzeba dłużej przytrzymać, to przytrzymuję dłużej.
I nie bój się odchodzić od schematu, jeśli czujesz, że tak trzeba.
Zaufaj sobie.
Wszystkie bajery, o których opowiadam, to najczęściej takie rzeczy, które trzeba doświadczyć samej i dopasować do siebie.
Ja tylko podaję kierunek. A drogę wybierasz sama.


Obiecałam dokończyć historię z początku wpisu, zatem kończę:

Kiedy popadam w marazm (tak, jak tamtego dnia) i przypomnę sobie, że istnieje coś takiego, jak szałwia, to bez zastanowienia biorę zapalniczkę i lecę z dymieniem.
Jak do tej pory, ani razu to nie zawiodło. Zawodzi raczej moja pamięć, bo ciągle wypada mi z głowy, że istnieje taki wynalazek, jak biała szałwia.
Zatem potańczyłam sobie w pokoju z palącą się gałązką przy włączonej muzyce, nawdychałam się dymu (uwielbiam ten zapach) i szczęśliwie doczekałam się inspiracji do napisania tego oto tekstu.

To jest mniej więcej tak:
Małe dymienie, bęc i problem rozwiązany.

Rozpisałam więc plan wpisu i zaczęłam klikać na laptopie kolejne literki.
I jestem bardzo zadowolona z efektów.

Jeśli więc chcesz pisać równie fajne teksty, okadzaj się szałwią.


Ślę moc radości!
Agnieszka