Opublikowano Dodaj komentarz

Ktoś tu był przed Tobą

POCZĄTEK LINII
Często chodziliśmy razem po mieście. To był nasz swego rodzaju rytuał.
Przemierzaliśmy wspólnie kilometry ulic, ścieżek, lasów i parków. W trakcie wypadów zahaczaliśmy o kino, a na koniec można było nas spotkać na wieczornej kolacji w Greenmood.
– Smakuje Ci? – zapytał Dominik.
– Tak, jest okej. Chociaż wolałabym z frytkami – odparłam.
– Ja wolałbym z mięsem.
Wzruszyłam ramionami.

Przyglądałam mu się w panującym półmroku pomieszczenia, do którego zaprowadził nas kelner. Byliśmy sami w malutkiej salce umieszczonej w piwnicy restauracji.
Lubiłam jego rysy. Uwielbiałam wpatrywać się w te niezbyt duże, jasnozielone oczy. Jemu podobał się mój mały, nieco garbaty nos. Chwytał mnie za niego, żeby mnie zaczepiać, kiedy jeszcze nie byliśmy parą. Reagowałam na te jego durne pomysły krzykiem i rumieńcem na policzkach. Też lubiłam mu dokuczać.
Raz założyliśmy się, że nie będzie pamiętać o naszej rocznicy. On zapierał się, że na pewno mu to nie umknie.
Przegrał.
W ten sposób namówiłam go na jedzenie bez mięsa.
Oczywiście nie całkowicie. Naszymi wiernymi towarzyszami podczas weekendowych maratonów filmów były nuggetsy, bez których nie było mowy o organizowaniu jakiejkolwiek zabawy. Ale zobowiązał się do wegetarianizmu, gdy wychodziliśmy na miasto.

Byłam szczęśliwa.
Szczerze mogłam to przyznać sama przed sobą. Życie upływało nam na wspólnych wypadach, spotkaniach ze znajomymi, gotowaniu na te spotkania i niesamowitym seksie.
Pasowaliśmy do siebie.
Tak, zdarzały się kłótnie. Moje ubrania zazwyczaj zajmowały cały metraż naszego mieszkania, a jego skarpetki dało się znaleźć w każdym z kątów wszystkich pomieszczeń. Jednak nigdy nie pozwalaliśmy, by nasz konflikt trwał zbyt długo. Za każdym razem któreś z nas nie wytrzymywało napięcia i przytulało się do drugiego.

Pamiętam, była wtedy środa. Mieliśmy wyjść na spacer, by załagodzić powstałe nieporozumienie. On poszedł kupić wino, które mieliśmy zamiar przelać do butelek po soku, a ja robiłam kanapki. Jak zwykle spacer miał nam zająć pół dnia, więc zapasy miały na ten czas wystarczyć. Po powrocie czekała nas kolacja w Greenmood.
Było upalnie. Promienie słońca wpadały przez okno, a wiatr nie przychodził z żadnej ze stron. Zegar wybijał 11. Ubrałam sukienkę, która była przeznaczona na nasze randki. Miała odcień makowej czerwieni.
Lubił, gdy miałam ją na sobie.
Spięłam włosy w kok, włożyłam buty i zapakowane kanapki wrzuciłam do torby. Wyszłam z mieszkania.
Ale jego już nie było.

PIERWSZY ODCINEK LINII
Przez następne tygodnie nie wierzyłam w to, co się wydarzyło.
Ile już razy wspominałam tamten dzień.
Nie rozumiałam, dlaczego zniknął. Dlaczego nic nie powiedział. Nie uprzedził. Miałam wyrzuty sumienia, że nie przytuliłam go na czas. Po prostu odszedł bez słowa. Łudziłam się, że to przez kłótnię. Ale to do niego niepodobne. Nigdy nie poznałam powodu. Zostałam sama.

Zaczął się nowy rozdział w moim życiu. Polegał na wpatrywaniu się w drzwi w oczekiwaniu jego powrotu, piciu kolejnych butelek wina i…

– Dobrze Ci było?
– Tak – rzuciłam, dysząc.
Zszedł ze mnie i położył się obok. Pogładził mnie po włosach, po czym odparł:
– Muszę się zwijać, mogę wziąć prysznic?
– Tak, jasne.
– Powiesz mi, gdzie jest łazienka?
– Co? – popatrzyłam na niego pytająco.
– Gdzie masz łazienkę? Przez cały wieczór poznałem tylko Twoje łóżko – powiedział z triumfalnym uśmiechem.
– Tak, wiem, drugie drzwi po lewej.

Kiedy słyszałam szum lejącej się wody, zawsze rozmyślałam o tym, co ja właściwie robię. Przypominało mi to czas, kiedy mieszkaliśmy z Dominikiem i codziennie czekałam, aż umyje się po pracy i będziemy mogli zacząć wspólny wieczór.
Teraz czekałam tylko, aż kolejny nieznajomy facet wyjdzie z łazienki i będę mogła iść się wysikać.
– Spadam, dzięki za wieczór, było spoko.
Rzuciłam mu wymuszony uśmiech, zamknęłam drzwi i nigdy więcej już go nie widziałam.

Nie byłam zła. Nie pierwszy raz od początku było wiadomo, że nie spotykamy się po to, żeby kupić działkę za miastem i założyć wielodzietną rodzinę. Było mi to obojętne.
Poszłam spać.


Rano obudził mnie dzwonek do drzwi.
– Dzień dobry! – krzyknęła Aneta.
Znamy się odkąd pamiętam. Zawsze była sąsiadką z góry. Nie utrzymywałyśmy zbyt bliskiego kontaktu, ale widywałyśmy się od czasu do czasu.
– Hej, co tam? – wymamrotałam.
– Właśnie wróciłam z zakupów. Zrobię nam śniadanie w Twojej kuchni, mam nadzieję, że zjesz – powiedziała to zbyt entuzjastycznie jak na mój obecny nastrój.
– Mam nadzieję, że zapytasz o zgodę, czy możesz skorzystać z mojej kuchni.
– Idź się ubierz i zrób coś z twarzą, bo wyglądasz jak panda. Makijaż zmywa się wieczorem.

Bez słowa zrobiłam, co kazała i stawiłam się na śniadanie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo byłam głodna.
Aneta wyraźnie była zadowolona ze swojego zaangażowania.
– Daria…widziałam wczoraj tego blondyna.
– Ja nie, było zbyt ciemno – mruknęłam.
– Daruj sobie, wiesz o co mi chodzi.
– O co Ci chodzi?
– Mam Ci zacząć wymieniać, który to z kolei?
– Jeśli czerpiesz z tego przyjemność.
– Żółć się z Ciebie wylewa. Cierpisz. Daj sobie pomóc.
– Jak niby chcesz mi pomóc?
– Możesz u mnie zamieszkać, poznam Cię z moimi znajomymi, zaczniesz nowe życie. Od pół roku siedzisz tutaj sama i zapraszasz kolesi, którzy ani nie są Ciebie warci, ani nie są jacyś urodziwi, jeśli mam być szczera.
– Mam udawać, że nic się nie stało? Poznać nowych ludzi i zapomnieć, że nie czuję się samotna przez to, co się wydarzyło?
– Dominik z pewnością by tego chciał.
– Dominika kurwa nie ma! Zniknął! Myślisz, że nie o to mu chodziło? Żebym nie mogła o nim zapomnieć nawet wtedy, gdy umawiam się z kimś innym?
– Myślę, że niczego nie możesz być pewna. Nie zadręczaj się. Spróbuj.

Przytuliła mnie. Za każdym razem, gdy wymawiałam jego imię, kuliłam się i nie mogłam powstrzymać płaczu. Całe moje ciało drżało, a w sercu pojawiał się ogromny ból, którego nie dało się znieść.
Zniknął.

DRUGI ODCINEK LINII
Przeprowadziłam się do Anety.
Z początku byłam jak skrzywdzone zwierzę, które nikomu nie ufa. Podczas spotkań z nowymi znajomymi milczałam, a w nocy płakałam. Aneta nie spała, tylko przytulała mnie i głaskała, niczym swoje dziecko. Byłam jej za to wdzięczna. Coraz rzadziej krzyczałam, a coraz więcej się uśmiechałam. Nie chciałam tego przyznać sama przed sobą, ale czułam się lepiej. Nie potrafiłam spojrzeć prawdzie w oczy, że mogę być szczęśliwa bez niego. Nie chciałam być szczęśliwa bez niego.
Pielęgnowałam tę część swojego serca, która na zawsze pozostanie jego częścią. Będzie mu wierna. Był moją pierwszą miłością. Codziennie powracały wspomnienia z okresu, kiedy byliśmy razem. Każda z czynności, którymi wypełniony był mój dzień, zawierała pierwiastek jego osoby. Kochałam go. Kochałam go całą sobą.

– Poznajcie się – Aneta próbowała przekrzyczeć docierającą z salonu muzykę – to jest Szymon, a to Daria.
– Cześć, Szymon.
– Hej – uścisnęliśmy sobie dłonie.
Przez resztę wieczoru nie mogłam spuścić z niego wzroku. Nie dowierzałam, że ktokolwiek jeszcze będzie w stanie mnie sobą zainteresować. Przyzwyczaiłam się do kontaktów opierających się tylko na cielesności.
Poczułam, jak tracę rozum.
Jak mój mózg wynosi tego człowieka na piedestał i zamierza czcić po kres życia. Nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, ale czułam się przy nim dobrze. Zamieniliśmy ze sobą jedynie kilka zdań, a ja wpadłam przez to do studni bez dna.
Jadłam chipsy i wyobrażałam sobie, że jemy je wspólnie. Tańczyłam z Anetą i myślałam o tym, jak czulibyśmy się wspólnie na parkiecie.
I wtedy przypomniał mi się Dominik i dzień, w którym byliśmy na pierwszych zajęciach kursu tańca.
– Chyba nigdy nie będę dobrze tańczyć – powtarzałam zawiedziona.
– Nie musisz Kochanie, daj się prowadzić. Odpuść – odpowiadał i całował mnie w czoło.
Reszta wieczoru była do kitu.


– Jak Szymek? Rozmawialiście ze sobą? – jak co rano omawiałyśmy poprzedni wieczór i każdą rozwijającą się relację podczas imprezy.
– Mało, ale przyciąga uwagę – poczułam, jak się czerwienię.
– Widziałam jak pożera Cie wzrokiem! To dobry człowiek, daję Wam zielone światło.
– Daj spokój, nie był zainteresowany. Poza tym czuję, jakbym miała urojenia. Widzę wszędzie Dominika. Wszystko mi go przypomina.
– To minie, daj sobie czas. I nie bój się czegoś nowego. Chodź, znowu Cię trzeba przytulić.
Siedziałam tak, objęta jej ramionami. Myślałam o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdybym pozwoliła sobie zacząć życie od nowa. Bałam się, ale wiedziałam już, że nie chcę do końca swoich dni rozpamiętywać tego, co już bezpowrotnie minęło.

Kilka tygodni później Szymon zaprosił mnie na kolację. Poszliśmy do knajpki, która dopiero co się otworzyła. Potem poszliśmy do mnie.
Aneta widziała z okna, jak wchodzimy do klatki. Pokazała mi okejkę, a ja czułam się, jakbym była nastolatką i umówiła się na pierwszą w życiu randkę z chłopakiem. Kibicowała nam.
To była pierwsza noc w moim mieszkaniu, od czasu przeprowadzki do Anety.
Pierwsza noc z Szymonem.
Pierwszy raz od zniknięcia Dominika, gdy mężczyzna, którego zaprosiłam, nie rzucił mimochodem nara i nie wyszedł z mieszkania w środku nocy.
Starałam się z całych sił nie myśleć o wspomnieniach, które wciąż powracały. Chciałam zrobić to dla Szymona. Wiedziałam, że mu na mnie zależy. Robił wszystko tak, jak trzeba.
A ja byłam nieobecna. Mój umysł znajdował się w przeszłości.

TRZECI ODCINEK LINII
Po paru miesiącach randkowania zapytał:
– Co byś powiedziała na to, żeby zamieszkać razem?
– Ja…Nigdy o tym nie myślałam.
– Jeśli to dla Ciebie za wcześnie, to zrozumiem. Ale jak dla mnie, to świetnie się dogadujemy i warto byłoby spróbować – pogładził mnie po policzku, a ja chwyciłam jego dłoń i odpowiedziałam:
– Okej, możemy spróbować, jestem na tak.
– Juhuu – wykrzyczał – możemy dziś wieczorem zaprosić znajomych, żeby to uczcić.
– Jasne, zaproś ich, ja zajmę się jedzeniem.

Wieczory spędzaliśmy na grach i filmach. Znajomi często nas odwiedzali, a Aneta cieszyła się, że wyszłam na prostą. Szymon bez przerwy okazywał mi swoją miłość, a ja w środku byłam pusta. Próbowałam z tym walczyć, odwzajemniać jego uczucie, ale nie miałam w sobie nic, z czego można byłoby je wykrzesać.
To tak, jakby chcieć kupić nową kanapę, ale nie było na nią miejsca, bo w pokoju wciąż stoi stara.
Dominik był moją starą kanapą, na której się rozgościłam na wieki.
Udawałam.
Szymon niczego nie podejrzewał. Od roku mieszkaliśmy ze sobą. Anetę zapewniałam, że już wszystko ze mną w porządku od czasu rumieńca na policzku po poznaniu Szymona. Z boku można by przypuszczać, że naprawdę tak było. Ale nikt nie słyszał tego, co we mnie krzyczało. Co domagało się mojej uwagi. Co wypełniało całą przestrzeń mojego ciała.
Tęsknota i pustka, której nic i nikt nie umiał wypełnić, którą starałam się lekceważyć, nie widzieć, omijać.

PĘTLA
Pewnego razu zaprosiłam do siebie Anetę na wieczór. Szymon poszedł z kolegami na piwo, więc zrobiłyśmy sobie imprezę konkurencyjną.
Kupiłam wino, a ona przyniosła efekt swojej ostatnio odkrytej pasji – ciasteczka migdałowe. Siedziałyśmy i plotkowałyśmy o kim popadnie, a w przerwach oglądałyśmy memy.
Muszę przyznać, że się naprułyśmy. Z czasem obok nogi od stolika przybywało coraz więcej butelek po winie. Już mało co kontaktowałyśmy, ale pamiętam, że kolejny moment był jak wiadro lodowatej wody wylanej na głowę.
Wytrzeźwiałam od razu.
Ktoś zapukał do drzwi. Zamilkłyśmy.
– Pewnie to Szymon – powiedziałam – pójdę otworzyć.
– Poczekaj! Też chcę, ucieszy się, jak zobaczy dwie laski w swoim domu – zawołała.
Otworzyłam drzwi.
Stał w nich Dominik.

– O kurwa – odparła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.